Jakiś czas temu postanowiłam
kupić monitor do komputera. Wybrałam się więc do jednego z elektromarketów,
upatrzyłam model, pan z obsługi zapakował i przemieściliśmy się do kasy. Przy
kasie pan pyta mnie, czy za dopłatą 100 zł chce przedłużoną gwarancję do 5 lat,
która obejmuje także zalanie monitora. Już się prawie zgodziłam, gdy zerknęłam
przez ramię uroczego pana na komputer, na którym pan finalizował naszą
transakcję. Na komputerze wyświetlała się nazwa „Hestia”. Zaciekawiona
zapytałam, co ma ta „Hestia” do mojego nowego monitora. I co się okazało? Że ta
przedłużona gwarancja to wcale nie gwarancja, a ubezpieczenie gwarantowane
przez Hestię.
Na pierwszy rzut oka wydawać by
się mogło, że co to za różnica, czy będziemy mieć gwarancję, czy dodatkowe
ubezpieczenie. Z prawnego punktu widzenia różnica jest znaczna.
Przy gwarancji, nawet jeżeli
sprzedawca nie opisze w karcie gwarancyjnej, jakie są dokładne warunki
gwarancji, to i tak ustawowo zagwarantowany jest minimalny poziom gwarancji tj.
wiadomo, że sprzedawca zawsze będzie zobowiązany do usunięcia wad fizycznych
rzeczy. Przy tym gwarancja jest na tyle utrwaloną społecznie instytucją, że
nawet przeciętny konsument jest świadomy, że zawsze trzeba zapytać o kartę
gwarancyjną i sprawdzić, co w tej karcie jest. Jakby więc coś sprzedawca kombinował,
to możemy się dość łatwo o tym dowiedzieć.
Natomiast przy ubezpieczeniu tak
nie jest. Ubezpieczenie kreuje bowiem stosunek prawny istniejący z reguły
pomiędzy ubezpieczycielem a sprzedawcą. Sprzedawca ubezpiecza się od tego, że
konsument będzie żądał naprawienia wady. Uprawnienia kupującego w razie wad
rzeczy, kształtuje zatem w zasadzie pośrednio umowa zawarta pomiędzy
ubezpieczycielem a sprzedawcą. Sprzedawca nie udzieli bowiem kupującemu więcej
praw, niż wynika to z umowy z ubezpieczycielem. Powszechną praktyką jest, że
ubezpieczyciel na różnorakie sposoby wyłącza swoją odpowiedzialność, a to
ustalając rodzaje wad, za które będzie odpowiadał, a to maksymalną sumę
odpowiedzialności, a więc kwotę, do której będzie odpowiadał za wady. Może więc
być tak, że jeśli na włączonym monitorze pojawią się paski, to sprzedawca to
naprawi, bo mu ubezpieczyciel wypłaci za o odszkodowanie, ale jeśli pęknie
obudowa monitora, to sprzedawca odmówi naprawy, bo akurat ubezpieczyciel na tę
wadę wyłączył swoją odpowiedzialność. Wszystkie te skomplikowane zasady
usuwania wad są wynikają najwcześniej z tzw. ogólnych warunków ubezpieczenia, w
skrócie OWU. O istnieniu tych warunków przeciętny konsument nie wie, bo go
sprzedawca o tym nie informuje. Nie ma więc możliwości, aby się z OWU zapoznać i
w konsekwencji, kupując „dodatkowy okres gwarancji”, kupuje kota w worku.
Ponadto, bardzo często mylimy
gwarancję z inną ustawową instytucją, którą mamy zagwarantowaną przez pierwsze
2 lata po zakupie rzeczy tj. z niezgodnością towaru z umową. Instytucja ta
statuuje bardzo szeroką, w zasadzie absolutną odpowiedzialność sprzedawcy –
sprzedawca zawsze musi naprawić wadę, która powstała w kupionej rzeczy, bez
względu na to, czy udzielił na to gwarancji, czy nie. Słysząc więc „dodatkowy
okres gwarancji”, myślimy, że chodzi o przedłużenie takiego modelu
odpowiedzialności. Nic bardziej mylnego – żaden ubezpieczyciel, udzielając
sprzedawcy ubezpieczenia, nie zgodzi się na taką odpowiedzialność, jak wynika z
niezgodności towaru z umową.
Jaki morał z tej opowieści? A
taki, że póki Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie weźmie pod lupę
„dodatkowego okresu gwarancji”, należy zawsze wiercić dziurę w brzuchu
sprzedawcy i dopytywać, co się kryje pod tym pojęciem.
A monitor kupiłam, co prawda bez
dodatkowego okresu gwarancji, ale póki co od 1,5 roku służy mi znakomicie,
zwłaszcza do oglądania drugiego sezonu „Gry o tron” ;-)
świetny wpis, zaczynasz się rozkręcać:) dobrze wiedzieć o "dodatkowym okresie gwarancji"
OdpowiedzUsuń