piątek, 1 czerwca 2012



Sąsiedzi. Ma ich każdy z nas. Jedni są mili, zawsze służą pomocą, gdy zabrakło nam cukru lub mąki, inni są mniej mili, nie lubią odpowiadać "dzień dobry" w windzie. Bez sąsiadów żyć się nie da. Wydawać by się mogło, że tę prostą prawdę zna również nasz ustawodawca i skonstruował tak przepisy, by można było skutecznie rozwiązać większość sąsiedzkich zwar i problemów. Przeglądając choćby Kodeks cywilny, nie sposób bowiem  pominąć szeregu przepisów dotyczących stosunków sąsiedzkich. Nic jednak bardziej mylnego. Weźmy następujący przykład.

Nasz sąsiad kupił dom za miastem i się wyprowadził. Aby jego dotychczasowe mieszkanie (w bloku) nie stało puste, postanowił je wynająć. Najemcy - mili młodzi ludzie - studenci, tyle, że mają jedną wadę. Lubią się pobawić i to na wszelkie możliwe sposoby, w szczególności uwielbiają grę na perskusji grubo po północy, słuchanie głośnej muzyki, a czasami, tak zupełnie dla żartu, rzucają się krzesłami ... Wszystko to dzieje się oczywiście za naszą ścianą, nie tylko w weekend, ale także w dni powszechnie. Po kilku tygodniach mamy dość i zaczynamy działać. Pierwsze, co przychodzi nam do głowy, to oczywiście policja. Zawiadamiamy, panowie policjanci przybywają (inna sprawa, że prawie po 1 h od zawiadomienia), ale niestety hałaśnicy ani myślą otworzyć im drzwi. Policja wejść na siłę nie może, bo nie ma zagrożenia życia. Interwencja więc bezskuteczna (notatka służbowa spisana). Taka sytuacja powtarza się kilkakrotnie, aż któregoś razu hałaśnicy nieopatrznie uchylają drzwi (stan, w którym byli, nie pozwalał już na odpowiednią percepcję). Policja wkracza, zastaje m.in. wódkę w butelkach po Kubusiu i jednego hałaśnika przebranego za batmana. Policja tłumaczy, upomina i poucza. Hałaśnicy skruszeni, kajają się, że więcej nie będą. Mandatów nie ma, bo według przepisów wewnętrznych policji przy pierwszej interwencji dotyczącej zakłócania ciszy nocnej nie daje się mandatu (sic!). Nie mija kilka dni a hałaśnicy znów zaczynają się bawić, tym razem nie popełniają jednak tego błędu i choćby bardzo już śledzili węża, to nie otwierają policji drzwi. Policja rozkłada bezradnie ręce, radzi jednak, aby udać sie do dzielnicowego, on powinien problem rozwiązać. Dzielnicowy, zacny i chętny do pomocy człowiek, wysłuchał problemu, lecz nie ma dobrych wiadomości. Przepisy nie dają mu kompetencji do sporządzenia wniosku do sądu, gdyż jest to możliwe jedynie przy mandacie i to jakby hałaśnicy  nie chcieli go przyjąć. A mandatu to dzielnicowy nie ma przecież za co wlepić, ale obiecuje, że odwiedzi hałaśników, pouczy i spisze hałaśników w notatniku (sic!!).

Zniecierpliwieni nieskutecznym działaniem policji, szukamy rozwiązania na własną rękę i znajdujemy art. 51 par. 1 Kodeksu wykroczeń: „Kto krzykiem, hałasem, alarmem lub innym wybrykiem zakłóca spokój, porządek publiczny, spoczynek nocny albo wywołuje zgorszenie w miejscu publicznym, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny”. Idealnie pasuje! Sporządzamy pismo analogiczne do zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa i wysyłamy, żeby było szybciej, od razu do wydziału wykroczeń przy właściwej komendzie. Mija kilka tygodni, przychodzi odmowa wszczęcia postępowania. Składamy zażalenie, które nie zostaje uwzględnione. Koniec.
Zniechęceni do prawnokarnych metod rozwiązania sporu, przeglądamy przepisy prawa cywilnego. W sukurs przychodzi nam art. 144 Kodeksu cywilnego, stanowiący o immisjach. Wynika z niego, że możemy wnieść do sądu pozew i domagać się, aby sąd za pomocą wyroku zakazał hałaśnikom ich wybryków. Zachęceni takim obrotem sprawy, zasiadamy do pisania pozwu. Pojawia się problem. Nie znamy dokładnych sąsiada, który wynajął mieszkanie hałaśnikom (jest pozwanym jako właściciel). Dowiadujemy się, że możemy znaleźć dane sąsiada w geodezji w urzędzie gminy, jeśli tylko znamy numer działki, na której stoi blok. Oczywiście, że znamy, bo mamy założoną księgę wieczystą dla naszego mieszkania, w której wskazany jest ten numer. Składamy wniosek w geodezji, płacimy 12 zł, czekamy i jakież jest nasze rozczarowanie. Dane sąsiada ograniczają się do jego imienia i nazwiska, aktualnego adresu nie ma, bo to dane wrażliwe i przepisy o ochronie danych osobowych nie zezwalają na ich rozpowszechnianie. W żaden inny sposób danych sąsiada uzyskać się nie da. Pozwu nie ma jak napisać.
Zostaje nam ostatnie koło ratunkowe – właściciel budynku – spółdzielnia mieszkaniowa.  Wszak hałaśnicy swoimi wybrykami naruszają regulamin porządku domowego. Piszemy odpowiednie pismo do zarządu. Po wielu tygodniach otrzymujemy enigmatyczną odpowiedź, że zostały podjęte odpowiednie kroki tj. poinformowano sąsiada, że jak najemcy nie przestaną hałasować, to jego lokal zostanie zlicytowany (nie wiadomo, na jaki adres wysłano to pismo, bo nie wiadomo, czy sąsiad podał spółdzielni nowy adres; możliwe więc, że pismo trafiło do skrzynki pocztowej hałaśników ….). Mimo kolejnych naszych pism z prośbą o interwencję, dalej spółdzielnia nic nie robi. Lokalu oczywiście nie sprzedaje na licytacji. A hałaśnicy mają się doskonale, ich najnowszą rozrywką jest bieganie po mieszkaniu, wydawanie dzikich wrzasków i oblewanie się wodą.

Jaki wniosek z tej opowieści? A taki, że nasze przepisy nie zawierają skutecznych rozwiązań, które pozwoliłyby na zlikwidowanie problemu osób, które zakłócają nocny odpoczynek i spokój w dzień. Policja nie jest wyposażona w odpowiednie instrumenty, w szczególności, ze względu na ochronę własności, nie ma żadnego narzędzia do interwencji w momencie, gdy nie zostanie wpuszczona do mieszkania. Osoby, których spokój jest zakłócany, są również pozbawione odpowiednich środków prawnych, i to zarówno w prawie karnym, jak i w prawie cywilnym. W prawie cywilnym, z uwagi na ochronę danych osobowych, brakuje instrumentów, które pozwalały na uzyskanie danych osoby, które ma zostać pozwana z art. 144 Kodeksu cywilnego. Dodatkowo, nawet, jakby się został wydany wyrok na podstawie wskazanego przepisu, to zajdą trudności z jego egzekucją. Nie są bowiem przewidziane odpowiednie regulacje, które pozwalałyby na skuteczne wykonanie tego wyroku tj. zapewnienie, że immisje rzeczywiście nie będą mieć dalej miejsca. Wykonanie wyroku sprowadza się bowiem do nałożenia grzywny, jeżeli immisje nadal są dokonywane (art. 1051 par. 1 Kodeksu postępowania cywilnego).

Należałoby zatem postulować wprowadzenie odpowiednich regulacji przez ustawodawcę. Przede wszystkim policja powinna zostać wyposażona w możliwość wystawienia mandatu zaocznego, w sytuacji, gdy nie zostaje wpuszczona do mieszkania. Mandat zaoczny byłby wystawiany na dane właściciela mieszkania, które policja może w łatwy sposób uzyskać z odpowiednich rejestrów. Mandat mógłby by być doręczany drogą pocztową. W razie niezapłacenia mandatu w krótkim np. siedmiodniowym terminie, policja powinna być uprawniona do skierowania wniosku o ukaranie. Zakrawa to nieco o odpowiedzialność absolutną właściciela, można by więc rozważyć przyznanie prawa do uwolnienia się od odpowiedzialności przez właściciela, jeśli wskaże on osoby, które, przebywając w jego mieszkaniu, zakłócały spokój.

Odpowiednie prawa powinny zostać udzielone także właścicielowi budynku, spółdzielniom mieszkaniowym. Do prawa spółdzielczego powinny zostać wprowadzone przepisy sankcjonujące możliwość żądania przez spółdzielnię kary od właściciela mieszkania, w razie, gdy on sam lub osoby, którym wynajmuje mieszkanie, naruszają porządek domowy poprzez hałas. Jednocześnie, w razie, gdyby właściciel nie zapłacił żądanej kary, kara ta mogłaby być dochodzona w drodze powództwa o zapłatę w postępowaniu upominawczym.

Natomiast w prawie cywilnym powinny zostać wprowadzone przepis gwarantujący skuteczną egzekucję wyroków wydanych na podstawie art. 144 Kodeksu cywilnego poprzez wprowadzenie innego sposobu egzekucji niż grzywna. Najskuteczniejszym sposobem byłoby zastosowanie dualistycznego modelu egzekucji: grzywna oraz egzekucyjna sprzedaż lokalu w razie, gdy wyrok jest uporczywie niewykonywany. Wprowadzenie rozwiązania na poziomie pozwu z art. 144 Kodeksu cywilnego, zezwalającego na uzyskanie w takiej sytuacji danych osobowych właściciela mieszkania np. w urzędzie gminy, osłabiłoby budowaną od wielu lat ochronę danych osobowych i zachodzące przemiany mentalne w tym zakresie. Mogłoby prowadzić też do licznych nadużyć.

To są uwagi de lege ferenda. De lege lata, jeśli masz uciążliwego sąsiada, to nie pozostaje nic innego jak zaopatrzenie się w dobrej jakości korki do uszu lub w specyfik na spokojny i mocny sen … ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz